W staropolskich czasach nikomu nie przychodziło do głowy, żeby ingerować w naturalny bieg rzeki nawet na niedługim ujściowym odcinku. Zakola rzeki były z pewnością uciążliwe dla żeglugi ale w kraju nie było tradycji ani precedensów, żeby prostować rzekę. Całkowicie akceptowalny był również brak wody, która prawie w każdym okresie letnim uciekała do Wisły co okresowo uniemożliwiało spław zładowanych łodzi tym krótkim odcinku Brdy.
Bydgoszczanom, którzy na początku XV wieku handlowali głównie piwem bardzo dawał się we znaki stan dna rzeki. Jej niebezpieczne, kamieniste dno odsłaniało się w środku lata, gdy obniżał się w niej poziom wody. W innych porach roku zakryte wodą kamienie zagrażały przebiciem dna zbyt głęboko załadowanych łodziach i uniemożliwiały pływanie po Brdzie większych statków. Kupcy bydgoscy zdawali sobie sprawę, że ich dobrobyt w dużym stopniu zależy od stanu rzeki, więc z dużą determinacją poszukiwali kogoś kto takie kamienie potrafił z dna rzeki wyciągać.
Znaleźli go podobno aż w Królewcu jak napisał Lech Łbik powołując się na notatkę sporządzoną w1444 roku w Toruniu1. Zawierała ona zeznania kilku tamtejszych kupców utrzymujących kontakty z kupcami bydgoskimi i pływających po Brdzie. Nic nie wiadomo o kontekście sporządzenia notatki, bo w tym czasie krzyżacy zwalczali różnymi zakazami handel z Bydgoszczą. Mogła więc ona powstać w związku z ukaraniem tych kupców grzywną za nielegalny w tamtym czasie import bydgoskiego piwa.
W każdym razie wynika z niej, że przed wykonaniem prac przez sprowadzonego z Królewca mistrza mogli pływać po Brdzie tylko dubasami – małymi łodziami około 15 metrów długości. Musieli też uważać, żeby nie ładować za dożo, ponieważ każda załadowana baryłka piwa zwiększała zanurzenie takiej łodzi o kilka centymetrów. Zbyt mocno zanurzonej łodzi kamieniste dno rzeki groziło przebiciem dna. W chwili sporządzania notatki, a więc w 1444 roku kamienie już ich nie martwiły i wpływali na Brdę bez obaw.
Pierwsze prace przeprowadzono więc na Brdzie najprawdopodobniej w latach 30-tych XV wieku. Polegały one na wyciągnięciu głazów i kamieni z nurtu rzeki, zarówno w porcie między obecnym Rybim Rynkiem, a ulicą Stary Port jak i na całym odcinku między portem, a ujściem Brdy do Wisły. Była to ciężka praca fizyczna – przetaczano kamienie po dnie rzeki zapewne wyłącznie z użyciem rąk i drewnianych dźwigni – i mogła się odbywać tylko w okresach letnich przy płytkiej wodzie. Trwała więc zapewne co najmniej kilka lat.
Czy wspomniany mistrz z Królewca mieszkał w Bydgoszczy przez cały czas trwania tych robót, czy też przywożono go tylko w okresach letnich, tego nikt nie zapisał. Mogło też być tak, że tylko zainicjował te prace, a później jego bydgoscy pomocnicy, których musiał nająć poradzili sobie sami. Nie wiadomo czym sobie zasłużył ten człowiek z Królewca na miano mistrza, być może zasłynął rozwiązując podobne problemy na Pregole w Królewcu. Nie wiadomo też ile zapłaciła za całą usługę złożona głównie z kupców bydgoska rada miejska.
O skuteczności i solidności przeprowadzonych robót dobitnie świadczy fakt, że w późniejszych czasach, gdy rozkwitł w Bydgoszczy handel zbożowy wpływały na Brdę olbrzymie wiślane szkuty. Według opracowania Lecha Łbika takie szkuty miały do 38 metrów długości i około 8 metrów szerokości, a przewoziły 90 ton ładunku. Przepływały one całą Brdę od ujścia do portu, który znajdował się między dzisiejszą ulicą Stary Port, a Grodzką poniżej mostu łączącego Bydgoszcz z przedmieściem gdańskim. Potem załadowane zbożem i głęboko zanurzone pokonywały ten odcinek rzeki w drodze powrotnej.
1. Lech Łbik, Legendarna historia albo historyczna legenda o czyszczeniu Brdy przez pewnego mistrza pruskiego z Królewca, Kalendarz Bydgoski, Bydgoszcz 1998, s 100.
