wtorek, 16 grudnia 2014

Berlin. Dwa miasta.

Gdy pierwszy raz płynąłem barką przez Berlin w 1988 roku wielki mur, płoty i zasieki dzieliły go na dwa różne miasta. Stałym elementem tej granicy między Berlinem wschodnim i zachodnim były wieżyczki strażnicze. Było ich dużo i wszystkie były obsadzone. Atmosfera w pobliżu tej granicy była w tamtych czasach niesamowita i przygnębiająca. Nikt z nas nie robił żadnych zdjęć, nie tylko dlatego, że było to surowo zabronione ale głównie z czystego strachu. Z każdej wieżyczki, obok której przepływała barka obserwowali nas znudzeni żołnierze służby celnej. Młodzi chłopacy wyposażeni w kałachy. Nikt przecież nie mógł przewidzieć co wyda im się podejrzane albo, czy któremuś z nich nie odbije. Poza tym zawsze w pobliżu granicy pływało sporo celniczych i policyjnych, szybkich łodzi motorowych.



Przejście graniczne dla barek wpływających na terytorium Berlina zachodniego znajdowało się w pobliżu miejscowości Hennigsdorf na północ od Berlina. W tym miejscu Kanał Haweli łączy się z jeziorami berlińskimi. Odprawa wyglądała zawsze tak samo, po przycumowaniu barki do pomostu celników musieliśmy pootwierać wszystkie ładownie, magazynki i kabiny, a sami zamknąć się w sterówce. Na barkę wchodzili uzbrojeni żołnierze z wilczurami, psy wchodziły do niektórych pomieszczeń i węszyły czy nie ma tam ukrytych ludzi. Dopiero poi ich odejściu wchodzili na barkę celnicy i sprawdzali nasze dokumenty. Po odprawie wolno było włączyć silniki i odsuwała się zapora pozwalając nam wypłynąć na jezioro. Zapora sięgała do samego dna i zasuwała się natychmiast po przepłynięciu barki, byliśmy na „Zachodzie” Przepłynęliśmy przez szereg jezior, potem przepłynęliśmy kanałem i Szprewą przez zachodnią część Berlina i znów zbliżyliśmy się do granicy.



Przez pewien odcinek rzeki przebiegała granica między Berlinem Wschodnim i Zachodnim. Na prawym brzegu toczyło się normalne życie i panował zwykły ruch uliczny.  Na lewym widziałem tylko wysoki, betonowy mur z drutem kolczastym na wierzchu. Dopłynęliśmy w końcu do bramy do Berlina Wschodniego, odprawa odbyła się szybko i była zwykłą formalnością. Psów na barkę nie wprowadzano, ponieważ możliwość ucieczki ludzi z Berlina Zachodniego na Wschód nie była chyba brana pod uwagę. Celnicy zapewne się ze sobą porozumiewali i wiedzieli, że przepływamy przez  Berlin Zachodni tranzytem. Wpłynęliśmy na jego teren rano, w Hennigsdorfie, a opuszczaliśmy go, tego samego dnia, po południu, stwierdzili więc, że obecność kontrabandy na barce jest mało prawdopodobna. Do mnie na dziób barki, żaden celnik nawet nie przyszedł. Wszystkie nasze książeczki były u kapitana i tam zostały podstemplowane, nikt nie chodził po kajutach.
Po odprawie płynęliśmy dalej przez Berlin Wschodni, który wyglądał nędzniej niż po drugiej stronie muru. Szare, brudne tynki i smutni ludzie, tylko woda w Szprewie nadal była czysta a brzegi porządnie umocnione. Nie było łódek prywatnych, ani przystani i statków pasażerskich, było natomiast dużo policyjnych motorówek. Ludzie rzadko się śmiali i nie spacerowali, tylko spiesznie przemieszczali się po ulicach.

*

         Podczas późniejszych rejsów z inną załogą miałem okazję oglądać Berlin po obydwóch stronach muru. Różnice rzucały się w oczy zwłaszcza nocą, wyglądało to tak, jakby Berlin Wschodni był ciemnym przedpokojem i przechodząc za mur wkraczało się do jasno oświetlonego pokoju. Wprawdzie również po wschodniej stronie muru w ciągu dnia było sporo zwiedzających, przeważnie turystów. Kręcili się oni zwłaszcza w pobliżu Aleksanderplatz i wieży telewizyjnej, ale krótko po godzinie 20 cały ruch zamierał. Nie można go było, jednakże porównywać z tłumami po zachodniej stronie muru, których nie tworzyli turyści, ale głównie mieszkańcy Berlina, którzy od godzin południowych, do późnych godzin nocnych, wypełniali liczne lokale na jasno oświetlonych ulicach. Ich beztroska i swoboda wyraźnie kontrastowała ze sztywniactwem obywateli DDR.
 Wielkie wrażenie zrobiło na mnie  dwupoziomowe metro, być może dlatego, że było to pierwsze metro, które widziałem. Przejechałem nim tylko kilka przystanków podczas postoju barki na Spandale – dzielnicy Berlina, gdy pływałem z Zygmuntem, który również był pełen podziwu dla tej budowli. Korzystając z okazji, że spędzaliśmy wieczór w Berlinie Zachodnim chciał pokazać mi kawałek zachodniego życia. Pojechaliśmy ze stacji Radhaus Spandau do Zoologisheer Garten w centrum. Godzina była już późna około 22, a po centrum Berlina przemieszczało się mnóstwo ludzi, zwłaszcza młodzieży. Wśród młodych ludzi, byli przemieszani ze sobą przedstawiciele różnych ras, co było dla mnie bardzo niezwykłe. W miastach w głębi Niemiec nie było wówczas dużo ludności czarno lub żółtoskórej. W miastach portowych owszem w Hamburgu, holenderskim Amsterdamie i Rotterdamie, było ich sporo. Izolowali się jednak i zachowywali się ksenofobicznie, co miałem okazję zaobserwować w dzielnicy tureckiej, będąc w Rotterdamie. Berlin nie jest miastem portowym, położony jest  w środku Niemiec, dlatego zdziwiła mnie obecność młodych ludzi różnych ras przemieszanych ze sobą i jakby zbratanych.
 Zapewne ludzie przewijali się przez centrum Berlina przez całą noc, ale nie sprawdzaliśmy tego, bo rano musieliśmy być wypoczęci przed dalszym rejsem. Pogląd na niewyobrażalny wręcz ogrom metra berlińskiego wyrobiłem sobie na stacji, na której krzyżują się dwie linie. Schodziliśmy po schodach z ulicy do poziomu torów, a z peronu wiodły schody na niższy poziom, na którym również były tory, po których jeździło metro. Tak więc pod ulicą jest tunel, w którym jeździ metro a pod tym tunelem drugi tunel, którym jeździ metro innej linii. Moja wyobraźnia z trudem to ogarniała, a jak pomyślałem o tym w jaki sposób to metro budowano, dotarł do mnie cały ogrom tego przedsięwzięcia, przeprowadzanego pod całym miastem. Zwłaszcza, że w wielu miejscach budowano tunel pod rzekami i kanałami,
 Rzecz jasna stacje metra nie ustrzegły się przed wandalami, kafelki na peronach są miejscami potłuczone i pokrywają je liczne graffiti, jednakże perony w tamtym czasie, nawet w środku nocy, nie były szczególnie zaśmiecone, co dobrze świadczyło o służbach porządkowych. Długo jeszcze po powrocie na barkę byłem pod wrażeniem tego metra, chociaż zdawałem sobie sprawę, że zdążyłem  zobaczyć tylko niewielki jego wycinek..


Fragment mojej książki: http://www.mybook.pl/6/0/bid/276


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Załadunek żyta na barkę na Wyspie Młyńskiej

Praca na barce wiązała się nie tylko z pływaniem. Ważnym jej elementem były załadunki i rozładunki. Pływając na różnych barkach brałem udział w załadunkach różnych towarów w różnych portach, nie zawsze jednak załadunek następował w porcie.



Podczas mojej bytności na barce holowanej, raz wziąłem udział w nietypowej przewózce żyta do Łabiszyna. Ładowaliśmy je przy funkcjonujących jeszcze wtedy magazynach Zakładów Zbożowych, położonych na Bydgoskiej Wyspie Młyńskiej. Mój szyper po otrzymaniu tej dyspozycji bardzo się zdenerwował, więc zorientowałem się, że ma z takim rejsem do czynienia nie pierwszy raz. Okazało się, że cała trudność tkwiła w tym, że miejsce  załadunku znajdowało się przy przystani wioślarskiej Zawiszy, w kącie rzeki w kształcie basenu, do którego uchodzi zbudowana na grobli przepławka dla ryb. Czasami widywałem stojącą tam motorówkę milicji wodnej.
Problem polegał na tym, że cały ten basen był bardzo płytki i tylko pusta barka mogła wpłynąć do niego bez ryzyka utknięcia. Załadunek barki odbywał się w ten sposób, że po wpłynięciu przodem w ową dziurę, rozpoczęliśmy załadunek od tylnej ładowni i powoli wycofywaliśmy barkę. Musieliśmy w tym celu na samym początku wywlec z windy kotwicznej na rufie długą linę, przełożyć ją przez polery dziobowe i zamocować do nabrzeża na wysokości rufy barki. W ten sposób kręcąc korbą przy windzie, mogliśmy ją przesuwać, nawet pomimo tarcia o grząskie dno basenu.  Z grubej metalowej rury, ukośnie zawieszonej między barką i budynkiem, sypało się z górnych pięter magazynu zielonkawo szarym strumieniem żyto. W miarę zapełniania się kolejnych ładowni, kadłub barki osiadał w grząskim, miękkim mule. Gdy tylna ładownia była już pełna, kręcąc korbami windy kotwicznej, wyrwaliśmy kadłub barki z grząskiego dna i przeciągnęliśmy ją tak, że mocno zanurzona rufa znalazła się na głębokiej wodzie.





Podczas tego przeciągania, wzruszyliśmy pokłady dennych osadów basenu i nad wodą uniósł się zgniły odór butwiejących liści i mułu. Operację przeciągania powtórzyliśmy po zapełnieniu środkowej ładowni. Wkrótce cała barka znalazła się na głębokiej wodzie. Oczywiście tylko dzięki użyciu windy kotwicznej. Żadnym innym sposobem nie moglibyśmy ruszyć barki z miejsca, ponieważ przysysała się ona do miękkiego dna. Nie mogło być również mowy o żadnych poprawkach, czy doładowaniu, bo nie było możliwości ponownego podstawienia pełnej barki pod rurę załadowczą. Musieliśmy załadować barkę od razu równo i dobrze, kierując się częściowo intuicją. Były takie chwile, że traciliśmy orientację czy barka jeszcze stoi na wodzie, czy już na dnie i czy w związku z tym ładować dalej czy już przestać. Udało nam się załadować w miarę równo, tylko dlatego, że nasze zanurzenie po załadunku mogło mieć tylko 90 cm, bo płynęliśmy na Małpi Kanał. Gdybyśmy chcieli załadować do pełna na 1,5 m utknęlibyśmy na amen. Przestałem dziwić się zdenerwowaniu mojego szypra gdy usłyszał, gdzie ma się odbyć załadunek.
W trakcie tego załadunku, który trwał do późnych godzin wieczornych, na barkę weszli dwaj wędkarze, którzy jak się później okazało byli kłusownikami. Łapali ryby rzucając w nurt rzeki poniżej jazu puste kotwice z ciężarkami. Gdy zwijali żyłkę na kołowrotku, kotwica na końcu żyłki zahaczała się rybom za skrzela i w ten sposób je wyciągali. Józef jak zorientował się, w ich niesportowych praktykach, sklął ich i tak długo na nich burczał aż zeszli z jego barki. Taki to już był człowiek, gdy uznał, że dzieje się coś na jego barce, co może przynieść jej ujmę, natychmiast i swoim zwyczajem wybuchowo reagował. Nawet jeżeli ta ujma miałaby się sprowadzać do przechwałek kłusowników, że korzystali z jego barki.


Po zakończeniu załadunku ustawiliśmy i przycumowaliśmy barkę na głębokiej wodzie i poszliśmy spać. Następnego dnia otrzymaliśmy informację, że statek przypłynie po nas dopiero nazajutrz rano, więc po południu zaprosiłem Józefa do mieszkania, w którym mieszkałem z rodzicami. Znajdowało się ono przy ulicy Przyrzecze, a więc bardzo blisko naszego miejsca postoju.  Byłem wtedy bardzo dumny ze swej znajomości z Józefem, a na moich rodzicach, też zrobił on dobre wrażenie. Pomimo braku wykształcenia był bardzo rozsądny, uczciwszy od większości rodaków w PRL-u i posiadał silny charakter. Łączył w sobie dumę, prawdomówność i solidność. Mimo że miał wybuchowe usposobienie był bardzo konsekwentny, należałoby właściwie powiedzieć uparty i nigdy nie zaniechał w połowie rozpoczętej pracy.


Moi wykształceni rodzice, natychmiast rozpoznali w nim dobry wzór dla mnie i ocenili, że wiele mogę się od niego nauczyć. Ojciec przejawiał duże zainteresowanie barkami i ich historią, czym ujął sobie Józefa, który żył tylko barkami. Ogólnie spotkanie okazało się bardzo udane, w przyszłości Józef wyrażał się o moim ojcu z dużym szacunkiem. Na noc obaj wróciliśmy na barkę, bo chociaż mieliśmy kabiny zamknięte na solidne kłódki obawialiśmy się powrotu wczorajszych pseudo wędkarzy, którzy po wyproszeniu ich z barki mogli przez złość coś nam popsuć. Najbardziej obawialiśmy się o całość plomb założonych na ładowniach po załadunku zboża. Gdyby pracownicy Zakładów Zbożowych w Łabiszynie stwierdzili uszkodzenie plomb, spisaliby protokół i mielibyśmy kłopoty.


Fragment mojej książki: http://www.mybook.pl/6/0/bid/276