poniedziałek, 31 marca 2008

Przyjazny brzeg ?

Jak się dowiedziałem Bydgoszcz została wyróżniona spośród innych polskich nadrzecznych miast prestiżową, podobno Nagrodą Przyjaznego Brzegu. Zapewne stało się tak głównie dzięki tramwajowi wodnemu i planom jego rozwoju oraz rewitalizacji bulwarów i realizowanym właśnie planom zagospodarowania Wyspy Młyńskiej.
Ta nagroda to miły gest, nie uważam jednak, żeby była w pełni zasłużona…. Przyjazny brzeg, kojarzy się przede wszystkim z bezpieczną i spokojną przystanią dla turystów. Czyżby w Bydgoszczy była jakaś naprawdę przyjazna przystań? Ogrodzona? z możliwością zacumowania na dłużej?, możliwością podłączenia się do prądu?, możliwością nabrania wody?, zatankowania paliwa? Z tego co mi wiadomo wszystkie te sprawy turyści polscy i zagraniczni muszą sobie załatwiać prywatnie. Często cumują swoje jachty w pobliżu naszej bydgoskiej „Barki” i proszą przygodnych ludzi o przypilnowanie, a i tak ze strachu o całość jachtu zwiedzają tylko najbliższą okolicę. Te trudności logistyczne raczej odstraszają nawet tych nielicznych turystów z Europy, którzy odważają się przepłynąć całą drogę wodną Odra – Wisła. Być może zatrzymywaliby się w Bydgoszczy na dłużej gdyby taka przyjazna przystań funkcjonowała i gdyby mogli w niej stawiać swoje jachty, które często są wielokrotnie droższe niż samochody. Dobrym miejscem dla takiej przystani byłaby Wyspa Młyńska, ciekawe czy ktoś tam taką inwestycję zaplanował? Na przykład w tym miejscu:



Tymczasem turyści wolą odwiedzać nasze miasto samochodami, pomimo że dla wielu z nich ulubioną formą wypoczynku jest jachting motorowy. Parkingów dla samochodów i stacji benzynowych jest u nas dość dużo, przyjaznych przystani dla jachtów nie ma w ogóle.

czwartek, 27 marca 2008

Smak demokracji

Zachodnia demokracja jest już w Polsce faktem od około 18 lat, tyle akurat lat ma moja córka. Nigdy nie zaznała ona innych czasów i władzę ludową zna tylko z opowiadań. Nigdy też nie zada sobie pytania skąd się wzięły w naszym kraju różne patologie, które przecież w nim nie powstały. Jednakże ja zdaję sobie sprawę, że tak samo jak wszystkie zdobycze społeczne i socjalne, które dostały nam się bez wysiłku i żmudnego wypracowywania, tak samo przywędrowały do nas różne patologie, które niesie ze sobą urynkowienie życia. Zjawiły się bez naszego udziału i zaczęły być naszymi problemami. Zniesienie barier i otwarcie na świat było dla Polaków nagłe i szokujące, wyjście z jednego systemu i wejście w drugi nie było przez nikogo kontrolowane i odbyło się bez okresu przejściowego. Stało się to przyczyną nadużyć i sprzyjało różnym kombinatorom. Wywarło wpływ na młode pokolenie, które obserwując zmiany zachodzące w gospodarce i polityce Polski nie wierzą, że można do czegoś w życiu dojść uczciwą pracą, którą traktują jak ostateczność. Nastawieni są raczej na to, żeby „ogrywać” innych i dochodzić do czegoś cudzym kosztem. Okazało się przy tym, że nowy świat nie jest wcale taki bajkowy, że wolny rynek i konkurencja niosą ze sobą nieznane wcześniej problemy, takie choćby jak nadmierne upolitycznienie, przestępczość czy bezrobocie i coraz większe rozwarstwienie zarobków.

Duża ilość ludzi, nie tylko młodych, zachłysnęła się nagłą swobodą życiowych wyborów. Coraz częściej zdarza się, że dorastający młody człowiek nie jest niczego pewien, bo świat atakuje go mnóstwem niechcianych informacji, wtłaczanych do głowy przez dziesiątki kanałów TV, radiowych, stron internetowych i setek kolorowych gazet, pism, reklam i ulotek. Trudno znaleźć dzisiaj nastolatka, który oglądałby z zainteresowaniem jakiś program na jednym kanale, często można jednak obserwować jak z pilotem w ręce „serfuje” po różnych kanałach. Mając tak duży wybór młodzi nie szukają już wartości, tylko nowości i sensacji. To także jest jedna z patologii wolnego rynku, firmy reklamowe szacują, że jeden temat jest w stanie przyciągnąć uwagę widza tylko przez kilka sekund i ciągle skracają swoje spoty.

Pamiętam czasy kiedy ZACHÓD był dla nas zamknięty, nie wierzyliśmy wtedy, że demokracja może mieć jakieś wady, nieść ze sobą patologie, wydawało się, że to tylko propaganda komunistyczna. Pamiętam i nigdy nie zapomnę gdy pierwszy raz przekraczałem barierę oddzielającą nas od zachodu. Pomimo, że ta bariera oddalona była od Polski o obszar NRD, jej charakter i ogrom świadczył o tym, że w finansowaniu jej budowy i funkcjonowania musiały uczestniczyć nie tylko Polska i NRD ale również inne kraje demokracji ludowej. Składała się z wysokiego na około 5 metrów ogrodzenia z drutu kolczastego rozpiętego na betonowych słupach i rozmieszczonych co kilkadziesiąt metrów wieżyczek strażniczych. Liczyła sobie ona setki kilometrów i posiadała przynajmniej kilka albo kilkanaście specjalnie strzeżonych, drogowych i kolejowych przejść granicznych. Miała tysiące wieżyczek strażniczych z reflektorami, karabinami maszynowymi. Zapewniała z pewnością zatrudnienie dziesiątkom tysięcy ludzi, potrzebnych przy jej budowie, konserwacji i ochronie. Sam drut kolczasty musiały produkować fabryki w całym kraju.

Pierwszy raz w życiu przekraczałem tę barierę płynąc na barce w 1988 roku. Nasza barka przepłynęła całe NRD i 20 kilometrów na zachód od Łaby i dotarła do miejscowości o nazwie Buchhorst. To tutaj statki śródlądowe przekraczały granicę między Republiką Demokratyczną, a Republiką Federalną Niemiec. Była ona zarazem granicą zarazem między krajami socjalistycznymi, a kapitalistycznymi – granicą dwóch światów. Odbywały się w tym punkcie najgorsze ze wszystkich odpraw, które miałem okazję oglądać. Dopiero po odprawie, gdy znikła w oddali cała ta bariera graniczna poczułem, że znalazłem się na prawdziwym wolnym Zachodzie, do którego kiedyś tak często wzdychałem. W zasadzie nic się nie zmieniło, kanał był taki sam jak przedtem i tak samo zielone były łąki, po obu jego stronach, wydawało mi się jednak, że wszystko jest inne, nawet powietrze i woda. Wrażenie wolności wynikało raczej z wewnętrznego odczucia, ze świadomości, że oto minąłem ostatni bastion socjalizmu.



poniedziałek, 24 marca 2008

Czy żyjemy na Kujawach?

Chociaż chciałbym się odżegnać o polityki to w wielu wypadkach nie jest to możliwe, bo zbyt głęboko wniknęła ona we wszystkie dziedziny naszego życia. Następstwa polityczne w życiu codziennym nie dają się zignorować. To w dużej mierze z przyczyn politycznych Bydgoszcz zatraciła gdzieś swoją kujawskość, która o dziwo przetrwała w mniejszych miejscowościach wokół miasta. Przynależność Bydgoszczy do Polski przed XIV wiekiem często przerywana była chwilowym panowaniem książąt pomorskich, a nawet krzyżaków. Jednakże od XIV do XVIII wieku, nasze miasto należało do Kujaw. Może o tym świadczyć fakt, że na sejmiku kujawskim w Radziejowie często poruszane były sprawy Bydgoszczy. Za czasów zaborów nasze miasto zaczęło być kojarzona z kanałem i okręgiem nadnoteckim. Po powrocie do Polski w XX wieku również nie była Bydgoszcz związana z Kujawami. Zamieszkiwała ja pewna liczba ludności niemieckiej, a osiedli tu Polacy pochodzili nie tylko z Kujaw, ale również z Pomorza, Wielkopolski i Mazowsza. Podczas II wojny i okupacji 1939 – 44, polityka germanizacyjna Niemców w Bydgoszczy, była bardzo skuteczna. Polacy byli wysiedlani, a ci którzy nie chcieli być przesiedleni, mieć pracę i dostawać kartki na chleb, musieli podpisać folkslistę i tym samym stać się półniemcami (Niemcami gorszej kategorii). Gdy po wojnie Niemcy odeszli, opustoszałą Bydgoszcz znów zalała fala ludności napływowej.

Moja mama na przykład pochodzi z Lucimia koło Koronowa, jest więc niewątpliwie Pomorzanką. Ojciec pochodzi spod Lwowa, więc jest Ukraińcem. Kim więc jestem ja, będąc rodowitym Bydgoszczaninem? Większość czytelników tego bloga jest zapewne w podobnej sytuacji. Ja jeszcze zdaję sobie sprawę, ze związku Bydgoszczy z Kujawami, ale moje dzieci, również rodowici Bydgoszczanie, już nie. Władze naszego miasta z nieznanych mi przyczyn starają się żeby te związki dokładnie zatrzeć. Jest wprawdzie w naszym mieście jedna ulica Kujawska ale nie utwierdza nas ona w przynależności do Kujaw. Raczej kojarzymy ją z tym, że wyjeżdżając Kujawską z Bydgoszczy jedziemy w kierunku Kujaw. Nazwa naszego województwa Kujawsko – Pomorskie, zmusza nas do refleksji i spekulacji, odkąd dokąd jest ono kujawskie, a w którym miejscu już pomorskie. Zazwyczaj uznajemy, że Bydgoszcz to już część pomorska. Zdają się na to wskazywać takie nazwy jak: Filharmonia Pomorska, Galeria Pomorska itp. Dlaczego nie Kujawskie? Dlaczego przymiotniki kujawskie są pomijane przy nazywaniu szkół, zespołów sportowych, muzeów itp.? czy wstydzimy się kujawskości?

Inną sprawą w naszym mieście, którą wydaje mi się, że zupełnie niepotrzebnie się pomija, jest jego międzynarodowość. Bydgoszcz jest przecież swego rodzaju ewenementem – miastem polsko-niemieckim. Niemcy starali się wprawdzie usunąć z naszego miasta wszystkie ślady polskości, burzyli polskie kościoły – jak choćby ten na rynku, którego nie udało im się dopasować do niemieckiej kultury. Zmieniali wygląd zewnętrzny niektórych polskich kamieniczek. Zbudowali również wszystkie budynki użytku publicznego w naszym mieście nie licząc oczywiście tych współczesnych. Uważam że tymi nowoczesnymi budynkami nie powinniśmy się za bardzo chwalić, no bo jak wygląda przy starym urzędzie wojewódzkim, dobudowany do niego wieżowiec i blok na Konarskiego? Jak wygląda Urząd Skarbowy na ulicy Wojska Polskiego, na Rejtana lub Fordońskiej? Jak wygląda bank pocztowy czy obecny Bank Ochrony Środowiska? Moim zdaniem przypominają one brzydkie klocki. Po II wojnie światowej Polska Ludowa pomimo, że traktowała miasto jako poniemieckie zaczęła pomijać i przemilczać wpływy niemieckie w architekturze i budownictwie. Kościoły ewidentnie ewangelickie zostały przemienione w na katolickie, bo po odejściu Niemców nie było przecież w Bydgoszczy ewangelików.
Pomimo starań ani Niemcom nie udało się usunąć wszystkich śladów wpływów polskich ani tym bardziej władzy ludowej nie udało się zatrzeć wpływów niemieckich. Ewidentnie niemiecki pozostał Kanał Bydgoski, wszystkie budynki użyteczności publicznej, a także inne na przykład pałacyk Lojda oraz kościoły ewangelickie np. ten na Placu Kościeleckich. Jako pamiątka polskości pozostał kościół Farny, Kolegium Jezuitów, kościół Klarysek i Bernardynów, a także niektóre z kamieniczek na starym mieście. Dlaczego więc teraz, gdy nie ma już w naszym mieście ani władzy ludowej, ani Niemców nie potrafimy chwalić się międzynarodowością Bydgoszczy?

czwartek, 20 marca 2008

Czrne okulary?

Będę się starał, żeby do moich postów przenikało jak najmniej polityki, która we wszystkich mediach w Polsce jest i tak za bardzo wszechobecna. Myślę, że ma ona również w naszym kraju niewłaściwą rangę i zbyt duży wpływ na gospodarkę. Często racje polityczne przedkładane są ponad ekonomiczne w przedsiębiorstwach z udziałem kapitału państwa. Niektórzy nasi politycy chętnie sprzedaliby wszystko, nawet NBP, ZUS i całą Polskę, gdyby tylko ktoś im za to zapłacił.

Wykształciła się cała kilkudziesięciotysięczna grupa ludzi, którzy postrzegają politykę jako dochodowy zawód. Przeważająca większość z nich nie zna się właściwie na niczym i właśnie tyle, czyli nic, gotowi są zrobić, żeby w naszym kraju żyło się lepiej. Bardzo żenująca i przygnębiająca jest lektura niektórych blogów politycznych w SALONIE 24. Można w nich znaleźć informacje wyłącznie na temat polityków i krytykę ich działań. Nie można w nich znaleźć wiadomości, że ktokolwiek inny niż autor bloga zrobił coś dobrze. Nie jest przy tym ważne czy autorem jest przedstawiciel lewicy czy prawicy. Nie mam takiej świadomości, ani takiego odczucia, żeby któryś z polityków chciał zrobić coś dobrego dla mnie, mojej rodziny, znajomych, kogokolwiek poza sobą samym. Na kogo więc mam głosować i po co?

Kto jest winien temu, że tak się dzieje? Dlaczego interes narodowy zawsze ulega interesowi partyjnemu? Dlaczego członkowie jednej partii podporządkowują wszystkie swoje działania, temu żeby wykazać jej wyższość nad inną i nie biorą przy tym w ogóle pod uwagę interesu Polski? Czy dobro partii jest ważniejsze od dobra narodu? Czyje tak naprawdę interesy, oprócz swoich własnych reprezentują poszczególne partie polityczne? Czy partia znaczy więcej niż naród? Otóż chyba tak właśnie jest, niektórzy nasi parlamentarzyści sprawiają wrażenie, że są PiS-owcami lub PO-wcami, a nie Polakami.

W wyrabianiu takich postaw mają swój udział nasze media, głównie telewizja niepubliczna. Tą publiczną oglądają nieliczni, a ta komercyjna zrobi wszystko, żeby podnieść oglądalność. W tym celu redaktorzy telewizyjni skłonni są odłożyć na bok nie tylko interes narodowy i dobro naszego państwa, ale również dobre obyczaje. Potrafią prowokować niezbyt mądrych polityków do jeszcze mniej mądrych zachowań i oświadczeń. Jest to obrzydliwe ale ma znamiona sensacji, więc oglądalność rośnie.

Myślę że dość jasno wyraziłem swoje poglądy na temat polskich polityków i można z nich wywnioskować dlaczego nie zamierzam o nich pisać. Uważam, że każdy inny temat jest o wiele bardziej interesujący i że tych tematów nigdy nie zabraknie. Wszystkim czytelnikom życzę pogodnych, spokojnych świąt, smacznego jajka i wielu innych smakołyków oraz miłej rodzinnej, niepolitycznej atmosfery.

poniedziałek, 17 marca 2008

To by było na razie wszystko (o kanale)

Kilka lat pływałem na barkach za naszą zachodnią granicę, głównie w dół Renu, do Rotterdamu, Amsterdamu i Antwerpii. Raz udało mi się popłynąć w górę tej wielkiej rzeki, aż do Sztrasburga, widziałem przełom Lorelay, podobno najpiękniejszy w Europie i bardzo malowniczą Koblencję u ujścia Mozeli. W pierwszej kolejności poznałem jednak Wisłę, od Włocławka do Elbląga i Gdańska, Brdę i Noteć, a następnie Odrę, Hawelę, Szprewę i Łabę. Na Wiśle widywałem wtedy jednostki Żeglugi Bydgoskiej i Gdańskiej, na Odrze barki z Wrocławia i Kędzierzyna – Koźla. Na Łabie oprócz jednostek polskich oglądałem barki czechosłowackie i niemieckie, a w okolicach Renu dodatkowo statki i barki holenderskie, belgijskie i francuskie, a nawet szwajcarskie. Podczas swojej kilkunastoletniej przygody z żeglugą śródlądową, zdobywałem kolejne stopnie od marynarza do patentu porucznika. Uzyskałem również niemieckie uprawienia, upoważniające do kierowania jednostką pływającą po drogach śródlądowych od Odry do Renu. Wspomnienia o tym pływaniu czekają już na wydrukowanie.

Tymczasem postanowiłem napisać i napisałem w blogu o historii Brdy i Kanału Bydgoskiego. Zdziwiła mnie ignorancja mieszkańców Bydgoszczy na ten temat oraz opaczne tłumaczenie źródeł historycznych. Mam małe zaufanie do tak zwanych tekstów źródłowych, często są one naciągane i tendencyjne, a bardzo rzadko wiemy jaką wiedzę posiadał autor na temat sprawy, o której pisał. Okazało się, że skromna wiedza na Bydgoszczan na temat historii naszego miasta, zwłaszcza tej części historii, która związana jest z żeglugą śródlądową i ujarzmianiem Brdy, wynika wyłącznie z braku rzetelnych opracowań. Szukałem informacji o Kanale wszędzie, od deski do deski przeczytałem „Monografię Kanału" Walentego Winida, którą polecił mi Sebastian Malinowski jako encyklopedię wiedzy o Kanale.

Niestety Winid również nigdy Kanałem nie płynął. Pisząc książkę opierał się na mapach, rejestrach, spisach, itp. Napisał, że gleby pod kanałem są takie i owakie, że Brda płynie na południe, a w Bydgoszczy skręca na wschód, że w roku takim to a takim przepłynęło przez Kanał tyle i tyle jednostek. Są to oczywiście informacje cenne i potrzebne, ale niepełne. Nie może całkowicie zrozumieć zasady funkcjonowania tej drogi wodnej (Odra – Wisła), ktoś kto jej nigdy nie przepłynął i nie zobaczył. Nie znalazłem nigdzie takiego rzetelnego opisu, postanowiłem więc go stworzyć. Na podstawie zachowanych budowli i obecnego wyglądu potrafię odgadnąć w dużej mierze historię Brdy i Kanału. Wielokrotnie przecież pływałem drogą wodną Wisła-Odra, poza tym miałem okazję obejrzeć drogi śródlądowe w innych krajach, a od 10 lat jestem zarządcą nieruchomości. Może to komuś się wydawać dziwne ale ten zawód jest bardzo pomocny w odnajdowaniu motywów ekonomicznych powstawania obiektów budowlanych, także tych związanych z żeglugą śródlądową. W połączeniu z moją wiedzą wyniesioną z pływania pozwolił mi on odtworzyć dzieje dawnej Bydgoszczy.

Chciałbym, żeby każdy Bydgoszczanin miał łatwy i bezpłatny dostęp do wiarygodnej historii i możliwość zapoznania się z w miarę obiektywnymi dziejami Kanału, bez zafałszowań politycznych i narodowościowych. To dlatego napisałem ją w kolejnych postach. Pomimo, że nie ma zbyt wielu czytelników, uważam że warto było napisać tę historię, żeby było gdzie odesłać zainteresowanych, bo żadne inne tego typu źródła nie istnieją. Zakończyłem już właściwie opisywanie problemów z Kanałem, chociaż wcale nie uważam, że ten temat jest zamknięty i z pewnością będę do niego wracał. Moje zainteresowania wykraczają poza tematykę kanału, będę więc teraz w blogu opisywał bardzo różne sprawy. Będą one związane z Bydgoszczą, Polską, Polakami i zdrowym rozsądkiem.


poniedziałek, 10 marca 2008

Unia wymusi?

Mam nadzieję, że Ci którzy wiernie śledzą dzieje Kanału na moim blogu orientują się już, że w drugiej połowie XX wieku, znaczenie drogi wodnej Wisła – Odra mocno podupadło. W dzisiejszych czasach możemy na nią spojrzeć z zupełnie odmiennej perspektywy. Przecież Polska stała się częścią Europy, a inne kraje europejskie chcą handlować z Rosją. Turyści wodni z tych krajów z pewnością chętnie przepłynęliby swoimi jachtami motorowymi z Odry Na Wisłę i na Mazury. Niektórzy już to robią pomimo niesprzyjających warunków na szlaku. Nie jest to jednak zjawisko masowe, postrzegani są przez znajomych jako straceńcy ryzykujący życie w polskiej dziczy.
Podczas mojego pływania w Żegludze, Kanał Bydgoski eksploatowany był sporadycznie przez barki holowane, wożące kamień z Górnej Noteci. Drogą wodną Odra – Wisła, kursowały tylko jednostki pływające, płynące z Odry do baz remontowych w Czarnkowie, Bydgoszczy i Chełmnie. Cała ta droga śródlądowa mocno podupadła z powodu zaniedbania, jakiekolwiek nakłady na jej utrzymanie i remonty wydawały się naszym kolejnym rządom nieuzasadnione. Z relacji innych członków załóg, dowiedziałem się, że jest to szlak mało używany, chociaż jeszcze w latach 70-tych panował na nim dosyć duży ruch. Często dochodziło wtedy do ostrych sporów między Żeglugą Bydgoską, a właścicielami okolicznych łąk położonych w rejonie Białośliwia, Szamocina i Ujścia. Powstało na tych terenach, jakby zagłębie siana, słynne na całą Polskę. Podnoszenie wody, umożliwiające sprawną żeglugę, podtapiało część tych sianodajnych łąk i przynosiło straty ich właścicielom. Sam fakt trwania sporu między Żeglugą, a producentami siana, zdaje się świadczyć o jej słabnącym znaczeniu w tamtych czasach. Stopnie wodne, a więc jazy i śluzy powstały przecież głównie po to, żeby usprawnić transport śródlądowy w tamtym rejonie, a nie po to, żeby ułatwić produkcję siana.
Dopiero po tym jak miałem okazję obejrzeć drogi śródlądowe Niemiec, byłem w stanie odnieść się do bardzo niskiego standardu tej drogi wodnej, a więc: przestarzałe stopnie wodne i śluzy, zbudowane przez Niemców przed I wojną i od tamtej pory nie unowocześniane, wszystkie urządzenia uruchamiane są korbami – także te na jazach; kanały dojazdowe do śluz, w których woda stoi są z roku na rok coraz płytsze; niskie mosty, dokuczliwe dla pustych barek; nie umocnione brzegi; brak miejsc postojowych z oświetleniem, przyłączem elektrycznym i śmietnikiem; brak miejsc do tankowania i pobierania wody. Dla turystów bardzo dotkliwy jest brak bezpiecznych przystani , w których mogliby, bez obawy zniszczenia i okradzenia zostawiać swoje jachty i łodzie idąc zwiedzać okolice.
Znajduje się na tym szlaku także unikatowa ciekawostka na skalę światową – śluza w Krostkowie, niedaleko Białośliwia.



Śluza ta znajduje się na terenie wyjątkowo grząskim i bagnistym, murowane są tylko jej głowy. W odróżnieniu od innych śluz na tym szlaku, nie posiada ona przy górnym wjeździe wrót klapowych, wyposażona jest w dwuskrzydłowe wrota, zarówno od dołu jak i od góry śluzy. Komora śluzy w Krostkowie wykonana jest podobno z darni i faszyny, chociaż po wpłynięciu do niej wydawało mi się, że boczne ściany komory usypane są z ziemi. Barki cumują do metalowych słupów, stojących w rzędach po obu stronach komory. Pomiędzy tymi słupami, a boczną ścianą śluzy, przypominającą wał ziemi, znajduje się pas wody tak jak przy brzegu rzeki. Pokonywany tą śluzą stopień wodny ma niecałe 0,5 m wysokości, myślę że gdyby był wyższy woda chyba rozmyłaby śluzę. W ten sposób skonstruowanej śluzy nigdy więcej nie widziałem, ani w Polsce ani za granicą.

czwartek, 6 marca 2008

Konstrukcja Kanału Bydgoskiego

Nie myślcie, że zapomniałem o głównym temacie mojego bloga. Uważam, że nadszedł już czas na wyjaśnienie, czym w istocie jest kanał śródlądowy, nie tylko ten nasz, ale także każdy inny oraz wyjaśnienie zasad jego funkcjonowania. Postaram się wyjaśnić to wyczerpująco, jeżeli jednak powstaną jakieś wątpliwości, proszę je na bieżąco artykułować w komentarzach. Bardzo mi zależy na dokładnym wyjaśnieniu głównych funkcji śluz i kanału, bo to będzie miało wpływ na zrozumienie fenomenu budowli, w pobliżu której przyszło nam mieszkać.

Pływanie po kanałach i skanalizowanych rzekach, wiąże się z częstym śluzowaniem, o czym przekonałem się, pływając po wodach śródlądowych. Kanały łączące ze sobą rzeki umożliwiają pokonywanie odległości miedzy nimi. Można to zaobserwować oglądając mapę, nie na każdej mapie można jednak zobaczyć, że oprócz odległości w poziomie, kanały pokonują też odległości w pionie. To właśnie jest głównym zadaniem śluz.


dolne wrota śluzy Czyżkówko

Bardzo często pomiędzy jedną rzeka, ą drugą, które łączy ze sobą kanał, znajduje się łańcuch wzgórz lub inny wzniesiony teren. W celu połączenia takich rzek bez zastosowania śluz, trzeba by było wykopać rów o dużej głębokości, wynoszącej miejscami kilkadziesiąt lub sto kilkadziesiąt metrów. Mogłoby się przy tym okazać, że teren, przez który płynie jedna z tych rzek jest położony wyżej, niż teren, przez który płynie druga. Połączenie ich kanałem bez śluz, spowodowałoby zmianę biegu wyżej położonej rzeki. Cała woda spłynęłaby kanałem do rzeki której poziom jest niższy. Zastosowanie śluz jest więc koniecznością. Umożliwia statkom śródlądowym przepłynięcie przez wzgórze bez konieczności przekopywania go.

Pomiędzy rzeką Brdą, a rzeką Noteć w miejscach, w których Kanał Bydgoski się z nimi łączy znajduje się około 24 km wzniesionego terenu. Różnica poziomów między tymi rzekami wynosi około 23 m, jednakże teren pomiędzy nimi wznosi się na 27 m nad poziomem Brdy. Budowniczowie, zastosowali więc ostatecznie 4 śluzy, które wznoszą poziom wody w kanale na 27 m nad poziom Brdy, a później 2 śluzy które obniżają jej poziom i wyrównują go z poziomem Noteci. Przekrój podłużny kanału przypomina schody, a śluzy służą do podnoszenia lub opuszczania jednostki pływającej z jednego stopnia na drugi.


Pewien problem stanowi woda, która podczas każdego śluzowania wycieka z odcinka kanału znajdującego się powyżej śluzy. W celu zapewnienia stałego dopływu wody do najwyższego odcinka Kanału Bydgoskiego, jego budowniczowie rozdzielili rzekę Noteć w jej górnym biegu. Przekopali kanał, który dzisiaj w okolicach Łabiszyna, dzieli Noteć na dwie części. Jedna część po dawnemu płynie swoim starym korytem, a druga część zasila najwyższe stanowisko Kanału Bydgoskiego. Wpływa ona do niego, między śluzą Osowa Góra, a śluzą Józefinki. Obydwie te śluzy można śluzować tylko w dół, w kierunku Brdy lub w kierunku Noteci, a 17 kilometrowy odcinek kanału jest jakby najwyższym stopniem dwustronnych schodów. Woda bardzo szybko by z niego uciekła, gdyby nie było kanału Górnej Noteci.


wtorek, 4 marca 2008

Kaskada

Planowałem zamieszczanie na tym blogu przynajmniej jednego posta na dwa dni. Tak się jednakże stało, że musiałem uczestniczyć, jako osoba krojona w pewnym zabiegu chirurgicznym. Obecnie wszystkie operacje nazywają zabiegami, być może po to żeby je zbagatelizować, chociaż sala na która trafiłem po owym zabiegu nazywała się pooperacyjna. W każdym bądź razie już jestem „po” i udało mi się pozostać w jednym, chociaż dość bolącym kawałku.

Jeszcze przed zabiegiem zacząłem pisać posta na temat bydgoskiej „Kaskady” i teraz dopiero mam możliwość go skończyć. Budowniczowie „Kaskady”, podobnie jak teraz projektanci drogi szybkiego ruchu S5 nie zdawali sobie z pewnością sprawy jak wielu potomnych nazwie ich dzieło potworkiem architektonicznym lub piętnem pewnej epoki. Co z nią będzie? To już chyba już w tej chwili problem  pana Sowy. Jakkolwiek wiele osób chciałoby przypominać, że była ona wpisana w dzieje Bydgoszczy na dobre i na złe, nie jestem pewien czy ten związek jest aż tak ścisły. Można powiedzieć, że wielkość Kaskady przypadała na czasy nieciekawe dla Bydgoszczy i reszty Polski, czasy których większość z nas nie chce już oglądać. Bardziej na miejscu, byłaby ona w innym miejscu. Na każdym osiedlu mieszkaniowym funkcjonowałaby zapewne również dzisiaj, ale jako synonim nowoczesności Starego Rynku nie sprawdzała się nigdy.

Najchętniej zrzuciłbym winę za jej zbudowanie na działalność ludności napływającej po drugiej wojnie światowej do Bydgoszczy, która była stosunkowo mało zniszczona. Napływała do naszego miasta biedna ludność z całej południowej Polski i z Ukrainy. To właśnie z tej napływającej masy wywodzą się dzisiejsi bydgoszczanie. Wyłonione z tej ludności władze miasta traktowały w 1945 r. Bydgoszcz, jako miasto poniemieckie i starały się swoimi kolejnymi projektami i budowlami pozbawić je indywidualnego wizerunku. Upodobnić do innych byle jakich miast w Polsce, zuniwersalizować. Jeżeli nawet były jakieś protesty i sugestie rdzennych polskich Bydgoszczan, którzy pozostali w mieście po odejściu Niemców, to zostały one zdyskredytowane jako nawoływania folksdeutchów. Nowe władze nie chciały, żeby Bydgoszcz miała swój własny wizerunek. Postawiły na byle jakość i ujednolicenie chociaż nie wszystkie ich posunięcia można nazwać złymi. Budowa parku w Myślęcinku za czasów gierkowskich dała naszemu miastu wspaniały obiekt, którego dzisiaj zazdroszczą nam mieszkańcy innych polskich miast.

Wracając do naszej restauracji na Starym Rynku, czy możecie wyobrazić sobie Kaskadę w centrum Torunia? No tak, ale tam element napływowy po II wojnie światowej był zupełnie inny. Do Torunia trafiali uchodźcy ze wschodu przeważnie z Litwy. Nie przedostawali się oni do Bydgoszczy ze względu na Wisłę, barierę trudną do przebycia tuż po wojnie. Pamiętajmy również, że do Torunia nie napływała wyłącznie biedota bo wśród uchodźców były setki pracowników Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Stworzyli oni w Toruniu Uniwersytet Mikołaja Kopernika, który rozwijając się od 50 lat co roku przyciąga do Torunia dziesiątki tysięcy studentów. Dzięki obecności w Toruniu tysięcy młodych ludzi panuje w nim niepowtarzalny klimat miasta z tradycjami. Pomimo budowy kolejnych koszmarnych osiedli mieszkaniowych Rubinkowo I, II, III, spacerując po starym mieście możemy się poczuć jak w .... Toruniu.

W naszym mieście również powoli zmienia się na lepsze wizerunek. Między innymi dzięki takim inwestycjom jak: budowa budynku pana Sowy na Starym Rynku, który ma formę zewnętrzną czterech kamieniczek, dzięki budowie bulwarów nadrzecznych i temu podobnym inwestycjom. Kontynuacją tego nurtu będzie likwidacja "Kaskady" jako symbolu bylejakości i uniwersalizacji naszego miasta. Już w latach 90tych XX w. stała się "Kaskada" jadłodajnią dla ubogich, tylko taka rolę mogła na siebie przyjąć. Stoi na rynku w samym środku miasta ale nie jest przecież z Bydgoszczą niczym związana. My obecni mieszkańcy Bydgoszczy pomimo, że w większości jesteśmy potomkami ludności napływowej, powinniśmy się cieszyć, że nasze miasto powoli odzyskuje swój właściwy wizerunek.